2009-2018 archives.
Showing posts with label txt. Show all posts
Showing posts with label txt. Show all posts
2018/05/14

no more home / la línea de la concepción / this past year, pt. 1/7


la línea de la concepción to miasto na południu hiszpanii, w regionie andaluzja, prowincji kadyks. leży nad morzem śródziemnym (na wschodzie) i zatoką algeciras (na zachodzie). bezpośrednio przylega do gibraltaru (na południu), który jest posiadłością brytyjską czy też, inaczej, brytyjskim terenem zamorskim. a bliskość maroka po drugiej stronie cieśniny gibraltarskiej to też bliskość tanich, wysokiej jakości narkotyków. ze względu na ścisłe kontrole po stronie gibraltaru, nielegalne dobra przybijają z maroka do brzegów hiszpanii, by stamtąd, drogą lądową, wędrować dalej na północ europy albo przekroczyć granicę z gibraltarem w kieszeniach entuzjastów. z gibraltaru do hiszpanii wagonami (wcale nie kolejowymi, choć pewnie tylko dlatego, że nie ma tam torów), wędrują za to papierosy, ale nie o tym jest ta historia.

przez całe wschodnie wybrzeże la línei, od gibraltaru aż do santa margarity, ciągnie się plaża. w niektórych miejscach jest tak wąska, że przemytnicy mają tylko kilka kroków od granicy wody żeby przeciąć promenadę, na której mnie jadącą nocą rowerem morze smaga po twarzy. motorówka odpływa. za promenadą muszą już tylko przebiec przez ulicę, a potem odjechać na skuterach albo zniknąć w samochodach i bramach obstawianych przez chłopaków z walkie-talkie. czasem też z pistoletami.

czasem też jest mi smutno, i zatrzymuję się w połowie drogi z barowej pracy na gibraltarze do śpiącego domu w santa margaricie, żeby zapalić papierosa i poczekać na to, co się stanie. siadam wtedy na murku, tyłem do morza (żeby dać się zaskoczyć), palę, trochę płaczę i czekam. musisz tylko poczekać. jak nie godzinę, to dwie, jak nie dwie - to trzy, jak nie trzy - to cztery, pięć, dziesięć, dwadzieścia. kiedyś z pewnością pierdolnie meteoryt.* jakaś kula, coś. jakiś nóż.

ale za każdym razem wychodzi na to, że chyba jestem jednak niecierpliwa.


* * *

tak było trochę ponad pół roku temu, a później, w kwietniu, wróciłam do polski. być może od ostatniego posta tutaj dzieli mnie za dużo, żeby próbować nadrabiać. podobnie czuję się względem krakowa. 'no more home' nieoczekiwanie stało się tak samo aktualne teraz, jak było wtedy. co robić, drodzy nieistniejący czytelnicy? czy próbować zalepiać, zasklepiać? siedem klisz, sama nie wiem, ilu ludzi. co robić? ślijcie esemesy.

_____
*s. shuty - 'zwał'
2017/06/13

spring has exploded













nastały właśnie te cudowne majowe dni, kiedy zieleń i kwiaty wydają się nieśmiertelne i na zawsze zwycięskie, pisał w jednej ze swoich książek, i była to najprawdopodobniej 'święta księga wilkołaka', wiktor pielewin o lecie w lesie. każda wiosna w mieście przypomina mi ten cytat 
2017/05/28

having a coke with you


             





is even more fun than going to
san sebastian,
irún,
hendaye,
biarritz,
bayonne



2017/05/23

forever the new beginning

pierwszego dnia nowego roku astronomicznego zgoliłam włosy na 3 mm, bo byłam ciekawa, jaki mam kształt głowy (nawet ładny). potem okazało się też, że będąc łysą dziewczyną ma się znacznie większy szacunek niż kiedy jest się dziewczyną z włosami, co jest dość smutne, jeśli się nad tym zastanowić, ale zastanowię się nad tym innym razem.

na razie próbuję skonstruować życiowy update i wychodzi na to, że to bardzo trudne, bo w zasadzie w tym roku (astronomicznym) nie stało się nic złego, a ja wcale nie czuję się dobrze. zbieram wciąż pokłosie spierdolonych zimą akcji, ale jeszcze tylko do końca wiosny, bo z początkiem lata wszystko na pewno stanie się na nowo piękne i dobre, i ja sama będę już tylko piękna i dobra, już wkrótce. być sobą, być wreszcie bardziej sobą
2017/02/15

light.mp3, bday present from my bfriend




all dreadful days surrounded by darkness
might as well be scattered by light
light is everything, you say
even if you think it's far and gone
you can make it appear by force or nifty thinking
when it doesn't light up a certain frame
it makes your life a show in a different perspective

your hair doesn't make you who you are
and all your fears and broken, dark moments
are nothing compared to the brightness of your thoughts
enchanting the minds of those who understand
and mind of mine that i'll share with you
till the day when the questionable gift of nuclear power
will push our existence straight into the void
2017/01/22

dziś jest bardzo dobry dzień

stało się dziś coś zupełnie niezwykłego, i nawet nie chodzi o to, że po trzech tygodniach największej zwały w życiu nastąpił pierwszy dobry dzień. dziś też ścięłam włosy. co prawda nie jest to dla mnie wydarzenie zupełnie zwykłe, bo ścinam włosy rzadko, ale znów - nie o sam fakt postrzyżyn chodzi. dziś zorientowałam się, że niemal dokładnie sześć lat (czyli sześć lat i pół dnia) temu zrobiłam dokładnie to samo; wtedy po raz pierwszy, i do dziś rana - ostatni. zaplotłam bardzo długie włosy w trzy (a wtedy w cztery) warkocze i CIACH, ojebałam najsiermiężniej jak świat widział, i byłam z tego dumna, bo tu nie chodzi o efekt, tu chodzi o e x p e r i e n c e

tym, którzy nie wiedzą, należy się wyjaśnienie: moje włosy są moim bardzo ważnym atrybutem, mają całkiem liczne grono fanów, którzy chwalą mnie za ich jakość. z tym, że jakość moich włosów to po prostu kwestia genów, więc dlaczego mnie za to chwalić? trochę robi mi się miło, a trochę mnie to wkurwia, bo w końcu zaczynam sobie myśleć, że najlepsze co mam wcale nie zależy ode mnie i w dodatku jest to jakaś fizyczna cecha. w takich momentach mam ochotę się jej pozbyć, żeby wydawać się bardziej inteligentną i ciekawą osobą, a nie posiadaczką własnych włosów, które poza tym przyciągają mężczyzn, których nie chcę przyciągać (włosami).

to prowadzi do buntowniczych decycji, jak ta dzisiejsza. tylko jak to możliwe, że ostatnia taka miała miejsce dokładnie sześć lat temu? jak dziwne i nieprzypadkowe są kosmiczne wyroki? co będzie za kolejnych sześć lat? nie wiem. tutaj załączam dokumentację fotograficzną.

so, are you experienced?
have you ever been experienced?
2016/06/10

0.1

uwaga, przyjaciele, zapraszam na otwarcie kopalni beki. było tak: pod koniec lutego 2009, w drugiej klasie gimnazjum, ledwo skończywszy piętnaście lat, zobaczyłam kubę dąbrowskiego w telewizji. na kanale, który prawdopodobnie już nie istnieje, mówił o tym, że chciałby, żeby ludzie tak, jak mają swoją ulubioną muzykę na płytach, ksiażki na półkach i filmy na komputerze, żeby mieli też zdjęcia, żeby uczynić fotografię artystyczną bardziej przystępną, żeby to nie była wystawa fotografii w galerii sztuki, tylko zdjęcia na twojej ścianie. to było dla mnie naprawdę odkrywcze i nowe, więc wygooglowałam i przepadłam na długie godziny w accidents will happen, a potem za 200 złotych na allegro kupiłam olympusa mju II, bo też chciałam tak robić zdjęcia i tak o nich myśleć.

w ciągu czterech miesięcy naświetliłam trzy klisze i wywołałam je po roku, w czasie którego nie używałam analoga i chciałam go nawet komuś oddać. nie wiem dlaczego. zrobiłam odbitki, bo nie miałam wtedy pojęcia o skanowaniu negatywów, ale były okej i na tych dwadzieścia kilka zdjęć, skanowanych z odbitek, które wrzuciłam na bloga o uroczej nazwie (a była to 'yebaka'), dostałam bardzo miły i budujący odzew. analogowa zajawka wróciła. kolejne rolki skanowałam już jak cywilizowany człowiek i wrzucałam na bloga w formie podobnej do tej, w jakiej robię to teraz, tylko wtedy trochę więcej pisałam. pisanie jest w porządku. yebaki już nie ma, ale wybrane zdjęcia ze wszystkich czternastu klisz z tamtego okresu można oglądać tutaj, na zabawnychkościach i leniwychnogach, pod tagiem 'fiveyearsofmju'.

czternaście klisz i okres, o którym mowa, nie obejmuje jednak trzech rolek, od których zaczęłam poprzedni akapit, a które dopiero niedawno zeskanowałam jak cywilizowany człowiek. ten wstęp nie miał być tak długi, bo koniec końców chodzi tylko o to, że uwaga, przyjaciele, zapraszam na otwarcie kopalni beki, czyli na zdjęcia z gimnazjum. w pierwszym odcinku między innymi ja z czasów, kiedy nie miałam jeszcze septum i nigdy nie widziałam, jak otwiera się przysłona w analogu (co postanowiłam empirycznie zbadać), ziomki w szkole, dużo warszawy, małe smutki i ładne światełko. good times, bad times.


2016/04/24

self-improvement is masturbation; now self-destruction (...)

witaj, najdroższy czytelniku! to jest poważny blog z kategorii 'fotograficzne', 'dzienniki', 'felietony i refleksje'. nie jest tu fit, nie jest tu lajfstajlowo. jest slow, ale tylko dlatego, że jestem powolna, choć wolałabym nie być. nie stać mnie na zwykłe życie i powiem ci, słuchaczu, że dla mnie normkor to co innego, mój normkor to brzydkie mieszkanie, w którym mieszkam, brzydkie ubrania, które noszę i brzydkie powietrze, którym oddycham. okazjonalnie mam też pryszcze. na moim blogu znajdziesz garść informacji o tym, jak nie żyć, czego nie robić, żeby zostać człowiekiem sukcesu oraz dużo nieregularnie publikowanych zdjęć, które od siedmiu lat wyglądają tak samo i każdy mógłby takie zrobić, gdyby dostał w rękę aparat i kawałek kliszy (parafrazując dorotę masłowską i wypowiedź jej porte-parole na temat 'wojny polsko-ruskiej' pod koniec 'pawia królowej'). mam dwadzieścia dwa lata i ciągle nie mam prawa jazdy, jak śpiewał wokalista fisz, ciągle nie mam też zdrowych nawyków ani cech, które wpływałyby pozytywnie na moje rokowanie jeśli chodzi o wytworzenie zdrowych nawyków, na przykład: samodyscyplina, wytrwałość, samodyscyplina, wytrwałość, samodyscyplina. brak orientacji w terenie, zawszespóźnienie i zestaw niebieskich kompleksów tanio sprzedam.


ale jestem już prawie wege, jeszcze tylko jutro homo i dalej jakoś pójdzie, czy nie?
2016/03/21

nowy wspaniały początek

pierwszy dzień wiosny wypadł w tym roku w poniedziałek. a ja kocham wiosnę i poniedziałki, i wszystko, co przez swoje położenie mówi do mnie 'hej, mała, te rzeczy, które robiłaś wcześniej, pamiętasz? zapomnij. ten zły, brzydki człowiek, którym byłaś? już go nie ma! dziś jest nowy początek, Nowy Wspaniały Początek, możesz wszystko, możesz, co zechcesz, mała, a wszechświat ci sprzyja'.

pierwszy dzień wiosny. poniedziałek. poranek.

w pościeli siedzę i patrzę jak dnieje*.

każdy, kto mnie zna, wie, że kocham też plany - że jeszcze nie wiadomo, co zrobię, ale na pewno będzie to dobrze zaplanowane. ha, ha. robię pewnie średnio siedem list dziennie, średnio siedem dziesiątych czasu spędzam w swojej głowie myśląc o rzeczach, których nie ma, o osobie, którą nie jestem, o wielkich złotych górach, na które się nie wspinam, a na które super byłoby się wspiąć. i obiecuję sobie te złote góry

na nowy sezon. na poniedziałek. na jutro.

na pierwszy dzień wiosny, który gloryfikuję rokrocznie i czczę jak poganka.

ale przysięgam, że w tym roku jest inaczej. nie jest to nawet ironia, bo chodzi o to, że w tym roku jest gorzej niż zwykle. wiosna mnie zaskoczyła, nie zdążyłam nic postanowić i nic zaplanować, nie pomyślałam o błyskotliwym cytacie do przyklejenia nad biurkiem i zapomniałam też wrzucić na fejsbuka 'wróci wiosna, baronowo' jeszcze miesiąc, jeszcze dwa** temu.

pomimo tego wszystkiego i nieutopionej marzanny, magia pierwszego dnia wiosny najwyraźniej spłynęła na mnie przez sen i obudziłam się wiedząc, co jest dla mnie dobre (piękne i prawdziwe) i wiedząc to na pewno. że muszę rzucić pracę i szlugi, i słowo ciałem się stało. każda droga dedukcji obarczona jest brzemieniem błędu, ale nie ma nic czystszego i doskonalszego od instynktu, to mój pogański duch święty, słucham go zawsze i będę za nim iść na wieki wieków, amen.



* szalenie delikatna jestem. na kacu.
** jakże nie lubimy zim!
2015/06/07

pictures of pictures / lately

''1) wieszam 'frowst' z joanną piotrowską


''2) oddaję jackowi rudzkiemu stary klaser


''3) oglądam 'prognostyk' michała smandka (i wciskam za domofon pocztówkę, bo jest super)
2014/12/05

nowy sezon

wczoraj kraków zobaczył pierwszy śnieg. na samochodach najpierw pojawiły się serduszka, mnóstwo serduszek. potem dołączyły uśmiechy i odciśnięte dłonie, chwilę później pierwsze napisy (widziałam "1+1=2"). dziś rano były już całe konwersacje ("miłego dnia!", pod spodem "dzięki!") i hasła ostrzegające przed nadciągającą zimą. tylko raz "wisła", zawsze razem z "cracovią". trudno mi zinterpretować 1+1=2, ale ogólnie rzecz biorąc, odbiór pierwszego śniegu wśród mieszkańców krakowa jest chyba pozytywny. do tego naprawdę miłe i pokrzepiające jest to, że w pierwszym, bezmyślnym odruchu ludzie mimo wszystko rysują serduszko, a nie kutasa.
2012/10/25

fall is called autumn in some places

i'm a zombie, i'm an empty shell; i only listen to bands which begin with 'b', because i have no strength to tackle with winamp's alphabetical order; i quit sleeping; from all the life functions i am left with eating spaghetti and smoking cigarettes, i think i no longer inhale anything else; i'm a zombie, i'm an empty shell, soon i won't are anymore, those tired atoms of my precarious body will disintegrate and a light pink dust will cover your picture frames, easily removable with a cheap cleaner